Love is a dangerous game #3


Hello, my name is trouble.

Dzielnica, w której mieszkam nie jest daleko od firmy dlatego nasza podróż nie trwała w długo. Wynajmuję mieszkanie na ostatnim najwyższym piętrze w niedawno zbudowanym budynku więc żeby tam się dostać musieliśmy wjechać windą na piąte piętro.
- Rozgość się. - otworzyłam drzwi, wpisując uprzednio sekretny kod do zamka. Przepuściłam go pierwsza i wchodząc do przedpokoju zamknęłam drzwi. Odwiesiłam płaszcz na wieszak, a buty odłożyłam do szafki. To samo zrobiłam z rzeczami chłopaka, nie chcąc dopuścić do sytuacji jak u rodziców. Chcesz coś do picia? - zapytałam z kuchni.
- Nie, dzięki ale nie pogardziłbym czymś do jedzenia.
Pokiwałam głową na znak, że zrozumiałam. Na szczęście zawsze miałam w domu coś do jedzenia, zaleta nadopiekuńczości mamy, więc z przygotowaniem późnej kolacji nie było trudno. Zdecydowałam się na makaron sojowy z wołowiną i warzywami, który musiałam tylko podgrzać i do tego piwo dla mnie. Niosąc w rękach talerze skierowałam się do salonu, gdzie zastałam Yifana podziwiającego wiszącego na ścianach zdjęcia. Na mój widok uśmiechnął się i nie proszony o to wziął ode mnie talerze. Pewnym krokiem ruszył ku stołowi, na którym je postawił.
- Mam nadzieję, że żołądek nie przykleił Ci się jeszcze do kręgosłupa. - zażartowałam, zajmując swoje miejsce, życząc mu smacznego.
- Jestem na skraju, gdyby nie ty byłoby ze mną kiepsko. Pięknie pachnie. - jego ciepły śmiech w moim zazwyczaj cichym domu zabrzmiał niczym piękna melodia, sprawiając, że chciałam usłyszeć go jeszcze raz. Widok jego jedzącego z zapałem przygotowane przeze mnie danie napełnił mnie jakimś takim ciepłem i wywołał uśmiech na mojej twarzy.
- Dzisiaj był ciężki dzień, co nie?
- Miewałem gorsze. - wymamrotał pomiędzy kęsami. - Ale owszem, dziś nawał roboty był wyczerpujący i jedyne o czym marzę to pełny ośmiogodzinny sen i ciepła kąpiel.
- To drugie mogę Ci zapewnić ale nie wiem jak ze snem bo musimy być jutro wcześnie w agencji więc musiałbyś zasnąć dokładnie teraz by wyrobić się w te osiem godzin.
- No cóż, zawsze można pomarzyć.
Pokiwałam głową, upijając kilka łyków zimnego piwa. Zamknęłam zmęczone oczy, rozkoszując się zaistniałą ciszą. W ciągu dnia podczas tego zamętu związanego z pracą i wizytą u rodziców nie było chwili na refleksje życiowe. Dopiero teraz uświadomiłam sobie jak bardzo jestem wyczerpana. To nie tak, że nie lubiłam swojej pracy. Ponad wszystko uwielbiałam ten harmider, ludzi pracujących ze mną, sesje, spotkania, adrenalinę i szybkie tempo życia. To sprawiało, że czułam, że żyję, że robię coś pożytecznego. Szybko widoczne efekty napawały mnie dumą i dawały silną dawkę satysfakcji. Pomimo tych wszystkich plusów pod koniec dnia przychodziło przypomnieć o sobie zmęczenie i zazwyczaj ścinało mnie z nóg. W takich chwilach zimne piwo bądź inny bardziej wyrafinowany trunek, cisza, moja ulubiona sofa i non stop paląca się świeczka o zapachu pomarańczy z goździkami były nieocenione.
- Chaerin, słyszysz mnie? - z mojej małej chwili relaksu wyrwał mnie głos Krisa. - Śpisz?
- Spokojnie, nie śpię. Jeszcze. - odpowiedziałam z wciąż zamkniętymi oczami. - Jeśli skończyłeś jeść, odnieś talerz do zlewu. Łazienka jest zaraz za zakrętem po prawej jakbyś chciał z niej skorzystać. Ach, wybacz ale nie mam innych ubrań dla Ciebie, które mogłyby posłużyć za piżamę jak te po moim byłym. Na szczęście jesteście podobnego wzrostu więc powinny pasować.
- Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. - stwierdził - Nie przeszkadza mi to zbytnio. Wolę by były jakieś niż żeby nie było ich w ogóle. Wtedy bym musiał albo spać bez niczego lub w ubraniach, które miałem na sobie a nie lubię nosić tego samego dwa razy w jednym dniu.
Nastąpiła chwila ciszy a potem usłyszałam szuranie kapci i odgłos otwieranych drzwi do łazienki. Szum włączonej wody zwiastował długą kąpiel. Nie zamierzałam stać z zegarkiem pod drzwiami, odliczając pieczołowicie czas jednak liczyłam na to, że Yifan nie zalegnie się tam na wieki tak jak miał to w zwyczaju mój ostatni były, który uwielbiał spędzać po kilka godzin w kąpieli najlepiej dwa razy dzień mając w głębokim poważaniu moje potrzeby i fakt, że była to moja łazienka. Doczołgałam się do sofy i rzuciłam się na nią, opadając miękko na pluszowy materiał. Podłożyłam sobie jedną z poduszek pod brodę i leżąc na brzuchu zaczęłam sprawdzać co też mnie dzisiaj ominęło w wirtualnym świecie. Wciągnęło mnie to do tego stopnia, że nie zauważyłam stojącego obok mnie chłopaka.
- Nie chciałbym przeszkadzać bo widzę, że jesteś niesamowicie zajęta przeglądaniem Instagrama ale padam z nóg i chciałbym się gdzieś położyć. Podłoga niestety nie wchodzi w grę.
-  Przewidziałam dla Ciebie sofę. Nie jest to wprawdzie poziom niebotycznej wygody ale na jedną noc się nada idealnie. Czy ja przypadkiem nie dałam Ci dwu częściowej piżamy? - zapytałam, widząc go jedynie w trochę przy krótkich szarych spodniach od dresu.
- Ach, tak. Musiałem zostawić koszulkę w łazience. Mogę ją założyć jeśli chcesz.
- Co? Nie. Chodź jak chcesz. Myślałam, że pamięć mi płata figle.
- No to mogę się już położyć?
- Proszę bardzo. Zapraszam. - przesunęłam się, robiąc miejsce dla niego. - Jesteś chudy więc bez problemu się zmieścisz. Lekko zdziwiony moim zachowaniem położył się obok. Podpierając brodę ręką, zaczął patrzyć na mnie spod zmrużonych oczu.
- Co tam ciekawego oglądasz? 
- Sprawdzam co w wielkim świecie. Nic się nie zmieniło. Nadal królują imprezy, prestiżowe wystawy i pokazy mody, jedzenie warte mojej miesięcznej pensji no i dużo innych sławnych ludzi. Wszystko to w złotej otoczce blichtru i sztuczności ale lubię patrzeć na takie zdjęcia. To dla mnie takie fashion therapy, daje mi poczucie odprężenia i cieszy oczy.  Poza tym to idealna okazja na podłapanie najnowszych trendów i niekończące się źródło ploteczek. Minus jest taki, że nieźle wciąga. 
- Brzmi nieźle. Powinienem sobie założyć konto na Instagramie albo chociaż na Facebooku ale myślę, że nie znalazłbym czasu na czynne uczestniczenie. Często nie mam nawet czasu by się wyspać nie mówiąc już trwonieniu go na social media. 
- Szkoda. Chętnie bym Cię zaobserwowała. 
- Takie życie, kochana. Może kiedyś się to zmieni ale na razie podoba mi się to, co robię. Mimo tych paru minusów i nie zamieniłbym się na nic innego.  
Nagle zachciało mi się śmiać. Jednak nie w taki złośliwy sposób. Rozśmieszyło mnie to podobieństwo co do lubienia swojego trybu życia. Uwielbiałam swoje szalone jak by to określiła mama życie i nie wstydziłam się tego. Za nic w świecie nie chciałam go zmieniać. Miło było wiedzieć, że on ma takie same zdanie na ten temat. Wiedziałam, że mnie zrozumie i nie popuka się w głowę oraz nie będzie życzył mi ustatkowania się jakby to zrobiła większość moich znajomych wiodących spokojne i wg mnie nudne życie.
- Widzę, że tak jak ja kocham dreszczyk adrenaliny i szybie tempo tak ty uwielbiasz sen więc już nie będę dalej Cię męczyć i zostawię w spokoju. - powiedziałam wstając. 
Pokiwał jedynie głową na znak, że zgadza się i zamknął oczy. Mimo że za dnia wyglądał poważnie i sprawiał wrażenie twardego gościa to teraz przypominał zmęczone i bezbronne duże dziecko, które zmęczone po całym dniu pełnym po brzegi wrażeń padło na łóżko, z zamiarem nie wstawania do rana. Siłą woli musiałam powstrzymać się by nie potargać mu tej blond czupryny idealnej nawet o tej porze. Ach, co ten facet ze mną robi. Przyniosłam jeszcze zapasową kołdrę oraz porządną poduszkę i sama poszłam do łazienki. Byłam zbyt zmęczona na długą kąpiel i czekanie aż wanna napełni się ciepłą wodą więc zdecydowałam się na szybki prysznic. Po niecałym kwadransie było po wszystkim. Musiałam jeszcze oczyścić twarz, pozbywając się z niej resztek makijażu i byłam gotowa do pójścia spać. Przeszłam przez salon, życząc chłopakowi dobrej nocy i udałam się do swojego pokoju. Nie trudziłam się by zapalić światło więc po ciemku dobrnęłam do łóżka, owijając się kołdrą, przez co zaczęłam przypominać wielkiego naleśnika. Uklepałam parę razy poduszkę, włączyłam playlistę ze spokojną muzyką, coś bez czego nie mogłabym zasnąć i zamknęłam oczy, mrucząc jak bardzo stęskniłam się za łóżkiem.

***

Obudziło mnie silne jak na tą porę roku słońce. Dziwne, pomyślałam, przewracając się na drugi bok i starając się za wszelką cenę uciec od światła. Chciałam wrócić z powrotem senne objęcia Morfeusza  ale zapach świeżo zmielonej kawy sprawił, że zaczęłam się zastanawiać czy na pewno jestem w swoim mieszkaniu.  Zdecydowanie coś tu nie grało. Wiedząc, że już nic z dalszego snu nie wyjdzie postanowiłam otworzyć oczy i przekonać się sama o tym co mi tu nie gra. Po krótkim oglądzie pokoju mogłam z całą pewnością stwierdzić, że tak, jestem u siebie. Podciągnęłam żaluzję do samej góry, pozwalając by słońce zalało cały pokój. Otworzyłam okno na lufcik, chcąc wpuścić trochę świeżego powietrza i poszłam do kuchni, sprawdzić czy tam również jest wszystko w porządku. Tam czekała na mnie kolejna niespodzianka - własnoręcznie zrobione śniadanie. Nie było to nic szykownego chyba, że ktoś za szczyt szyku i elegancji uważa kanapki, sztuk dwie, z serem żółtym, szynką, rukolą, pomidorem i bliżej niezidentyfikowanym ale dobrze zapowiadającym się sosem. Do tego dwa kubki kawy z mlekiem i za pewne cukrem. 
- Wow, chyba odwiedziła mnie dobra wróżka. - stwierdziłam, biorąc do ręki jedną z kanapek i odgryzając kawałek. - Całkiem smaczna. 
- Smacznego.  - akurat gdy brałam drugi kęs usłyszałam za sobą męski głos, a chwilę później zobaczyłam przed sobą Krisa. - Cieszę się, że przypadły Ci do gustu.
- Boże, weź ostrzegaj następnym razem! Chcesz, żebym zeszła na zawał? - wydusiłam pomiędzy kaszlnięciami. Widząc jak dostaje przy nim po raz kolejny ataku kaszlu, rzucił się z pomocą ale powstrzymałam go. Nie było ze mną aż tak źle. - To - wskazałam na nadgryzione pieczywo - nie jest warte mojej śmierci. - widząc jego smutny wzrok, szybko dodałam. - co nie oznacza, że mi nie smakuje. Bardzo dobre jest.
- Przepraszam, myślałem, że mnie usłyszysz. Jesteś bardziej nieprzytomna z rana niż myślałem ale nadal piękna. 
- To komplement? Nie wiem czy się obrażać i rzucić czymś w Ciebie czy jednak nie. 
- Komplement, oczywiście. 
- W takim razie dziękuję. A tak w ogóle, która godzina? Nie miałam jakoś czasu sprawdzić a tu nie ma żadnego zegara. Powinnam to zmienić. 
- Wpół do dziewiątej. 
- Przepraszam, która?
- Ósma trzydzieści jeden teraz. - powtórzył wolniej i dokładniej, za co go ofukałam. 
- Zrozumiałam za pierwszym razem. Po prostu to dla mnie wcześnie. Zazwyczaj wstaję dużo później.
- Czyli o której?
- Gdzieś po dziesiątej, szczytem lenistwa jest wylegiwanie się do za piętnaście jedenasta ale wtedy muszę się szybko zebrać. 
- No to widzę, że nie przemęczasz się zbytnio. 
- Pfff, im wyższe stanowisko tym na więcej można sobie pozwolić więc to nie tak, że nic nie robię i migam się od pracy a potem chcę jeszcze za to pieniędzy. 
Yifan pokiwał głową ze zrozumieniem, słuchając mojego wyjaśnienia. 
- Miło się rozmawiało, jadło i piło ale myślę, że już czas na nas.
- Gdzie Ci tak się tak śpieszy? - zdziwiłam się tą nagłą zmianą tematu a tym bardziej tym, że nie proszony wziął mój pusty już kubek i talerz, włożył do zlewu i posłusznie umył. - Nie mów, że do agencji. Tam o tej porze nie ma jeszcze nikogo poza praktykantami i Bom. A poza tym ja jeszcze nie zjadłam. - wskazałam na drugą nieruszoną kanapkę, zachęcającą do konsumpcji.
- Nie zaszkodzi być raz na czas w firmie. Poza tym mówiłaś, że dzisiaj musisz być wcześniej więc będziesz a kanapkę możesz sobie zapakować do woreczka. Będzie idealna na drugie śniadanie zamiast tego śmieciowego jedzenia z bufetu albo z pobliskiego fastfoodu. 
- Jezu, weź mi tu nie matkuj, dobra? Czuję się jakbym była w podstawówce a chciałabym przypomnieć, że to ja tu jestem wyżej stanowiskiem i ja mogę wydawać rozkazy, które ty musisz grzecznie i bez zająknięcia wypełnić.
- To nie jest żadne matkowanie tylko cenne rady prosto z książki o samodoskonaleniu się, którą niedawno przeczytałem. Dobre nawyki żywieniowe to bardzo ważna rzecz. 
- Tak, tak. Super. Chodźmy lepiej, znaczy się możemy iść na piętnaście minut. Muszę się przecież umalować i ubrać w coś sensowego. Nie będę przecież cały dzień w piżamie. - zerwałam się i poszłam do swojego pokoju. Na odchodnym mogłam jeszcze usłyszeć, że to wcale nie taki zły pomysł, chociaż długość mojej koszuli nocnej mógłby utrudniać niektóre czynności. 
- Ach, naprawdę. Przez takie rzeczy nie wiem co o nim myśleć. - wymamrotałam, szukając ubrania. Po paru chwilach zastanowienia wybrałam truskawkowo czerwoną bluzkę z długim rękawem i dekoltem w serek odsłaniającym moje obojczyki a do tego rozkloszowaną spódnicę w biało-czarne poziome pasy. Standardowo dopełnieniem były czarne dodatki czyli szpilki, torebka i płaszcz. Teraz kolejnym krokiem był makijaż i ogarnięcie moich niesfornych ostatnio włosów. Tutaj nie było co kombinować, ponieważ od kilku lat trzymałam się jednego stylu, czasami lekko go modyfikując w zależności od okazji. Podkład, rozświetlacz pod oczy, eyeliner, tusz do rzęs, obowiązkowo czerwona szminka i mogę ruszać na podbój świata. Jeszcze tylko parę psiknięć moich ostatnio ulubionych perfum od Yves Saint Laurent. Kombinacja czarnej kawy, kwiatu pomarańczy i różowego pieprzu trafiła od razu w moje serce, sprawiając, że uzależniłam się od niej. 
- Jak to był kwadrans to ja jestem Gucci. 
- Boże, Kris. Weź, przestań, proszę. Myślałam, że ktoś taki jak ty zrozumie ile zajmuje poranna toaleta. Jeśli Ci to poprawi humor to mogę Ci postawić kolację czy co tam chcesz. 
- Kusząco, kusząco ale niestety na dzisiejszy wieczór mam już plany. Masz wszystko?
Pokiwałam twierdząco głową. Zgasiłam światła i po raz ostatni omiotłam mieszkanie wzrokiem. 
- Możemy iść. - mruknęłam, przepuszczając go pierwszego i zamykając za sobą drzwi. 

***

Może to przez wczesną porę a może przez zwykły zbieg okoliczności ale przyjechaliśmy bez żadnych problemów i szybciej niż się spodziewałam. Mimo że piłam dzisiaj już kawę to i tak poprosiłam Hyejin o przygotowanie caramel macchiato trochę słabszego niż zazwyczaj. To był mój stały rytuał dnia, coś bez czego nie mogłam należycie rozpocząć dnia. 
- Proszę bardzo. - dziewczyna podała mi plastikowy kubek z półokrągły zamknięciem, pod którym kryła się pierzynka bitej śmietany ozdobiona smugami karmelu. 
- Dawno się nie widzieliśmy skarbie. To, z czym czemu mamy najpierw stawić czoła? 
- Nie czemu, a komu. - poprawiła mnie i kontynuowała lekko zdenerwowana. - Tao tu jest. 
- Czego on znowu chce?
- Nie mam bladego pojęcia. Robiłam co mogłam, zwodziłam, że jesteś niedostępna, pojechałaś na delegację za granicę, że zepsuł Ci się telefon, nawet groziłam ochroną ale ten uparciuch zaparł się, że musi się z tobą zobaczyć. Koniecznie teraz no i siedzi od kwadransa przed twoim gabinetem i czeka cierpliwie.
- Cierpliwie? Wow, chyba w końcu dorósł. - stwierdziłam, zdziwiona. Wzięłam parę łyków napoju, oddychając głęboko postanowiłam stawić czoła temu spodziewanemu gościowi. Ruszyłam w kierunku mojego małego małe królestwa. 
- Chaerin! Poczekaj! -  widząc, że jestem w bojowym nastroju, Hyejin postanowiła wkroczyć do akcji, starając się ostudzić mój temperament.  - Wdech, wydech. Pamiętaj o tym. A i nie spróbuj go nie zabić. Ostatnie czego potrzebujemy tutaj to trup. - Kris, pilnuj ją proszę.
- Kim jest ten Tao? Po twojej reakcji na wieść, że przyszedł nie wiem chyba mam się bać czy coś w tym stylu. - padło pytanie, na które czekałam. 
- Mój były. - wyjaśniłam. - Spokojnie, nie ten od piżamy. Jeszcze wcześniejszy.  - Widząc jego zdziwione spojrzenie, uspokoiłam go. 
- Aha. To wiele wyjaśnia. 
- Czy zapomniałam, dodać, że jest od naszej największej konkurencji? Taki mały szczegół, który czyni go nie zbyt mile widzianym u nas. 

***

Yehet! Ohorat! Kolejne coś jest. Miało być prezentem mikołajkowo-gwiazdkowym ale wyszło, że jest noworocznym. Po raz kolejny moje ogarnięcie czasu się kłania. Nie wiem wprawdzie ile jest słów ale szczerze mówiąc, myślałam, że to to będzie krótsze niż faktycznie jest. Ale to chyba dobrze. Dzieli mnie miesiąc od sesji aka mojej śmierci więc mam nadzieję, że zdążę wrzucić jeden albo ta rozdziały. Aha, chciałabym bardzo podziękować Marcie Katarzynie za nominowanie mnie do Liebster Award oraz za komentowanie! Nie spodziewałam się tego i dziękuję raz jeszcze. Za niedługo postaram się opublikować post poświęcony tej nominacji a tymczasem życzę Wam wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, dużo zdrowia, szczęścia, słodyczy, miłości, pieniędzy na kpopy, by biasi nie niszczyli tak strasznie życia, dużo comebacków i debiutów waszych ulubionych zespołów, koncertów u nas (może się w końcu na jakiś wybiorę xD), spełnienia marzeń i gwiazdki albo dwóch z nieba! Dziękuję, że ktoś tu jeszcze jest i że stuknął nam kolejny rok razem. Jak zawsze proszę o komentarze albo chociaż kliknięcie w reakcje. Wiem, że tu jesteście więc nie bądźcie widmo czytelnikami i sprawcie mi przyjemność zostawiając ślad po sobie. 
Szalonego Sylwestra i do zobaczenia za rok! suchorek hehe

2 komentarze

  1. Rozdział niby taki zwyczajny, bez żadnych "gwałtownych ruchów", a mimo wszystko świetnie mi się go czytało i właściwie cierpię na niedosyt :D
    Jak zawsze czekam na więcej :*

    PS: Nie ma za co~ ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapraszam do mnie http://bangtan-skosnookamilosc.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń

Witaj nieznajoma/y. Cieszę się, że Cię tu u mnie widzę. Mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej. Będę wdzięczna za każdą pozostawioną opinie, zarówno tą pozytywną jak i negatywną. Nie mam nic przeciwko krytyce byleby była ona konstruktywna. Tyle z mojego gadania. Dziękuję za uwagę i życzę miłego dnia :)

Szablon
synestezja
panda graphics