Yes, I'm Jonghyun from SHINee #60

***

- No chodź już! Zaraz się spóźnimy i nic z tego nie wyjdzie! - ponagliłam po raz kolejny Jonghyuna, który od ponad godziny siedział w łazience i przebierał się na dzisiejszą imprezę w klimacie Halloween. 
- Jeszcze pięć minut!
- Słyszałam to już pół godziny temu. Co ty tam takiego robisz? Korzenie zapuszczasz? 
Niestety odpowiedzi się nie doczekałam. Spędził dziś tam tyle czasu, że nawet ja tyle przez miesiąc nie poświęcam siedzeniu przed lustrem, a dzisiaj o dziwo wyszykowałam się w tempie iście ekspresowym jak na mnie. Może dlatego, że moje przebranie nie było zbyt wymagające, bowiem postawiłam na Alicję z Krainy Czarów. Aby pozostać w klimacie Halloween, dodałam parę czerwonych plam mających imitować krew i postrzępiłam z lekka dół sukienki. Na twarzy gościł mi jokerowski uśmiech namalowany za pomocą najbardziej czerwonej szminki jaką miałam w swojej kolekcji a w oczach tkwiły soczewki,  biała i niebieska, do tego w ręcę trzymałam pluszowego misia. Nigdy się za nikogo nie przebierałam, nie czułam potrzeby ku temu a i moje umiejętności w tej dziedzinie nie były zachwycające, ale mój tegoroczny debiut bardzo mi się podobał. 
- Chyba zadzwonię do Key i powiem, że jednak się nie zjawimy. - specjalnie zaakcentowałam ostatnie słowa i zaczęłam wybierać na głos numer do Kibuma.
- Okej, okej. Już wychodzę! Tylko się nie śmiej.
Chwilę później drzwi się otworzyły, a w nich stanął Jonghyun w dosyć osobliwym stroju.  Mimo że obiecałam sobie by nie wybuchnąć śmiechem cokolwiek by nie wymyślił, ale nie mogłam się powstrzymać. 
- Omo coś ty na siebie założył? - spytałam gdy się już uspokoiłam.
- Jestem Tytanem, a co nie widać?
- Bez obrazy, ale nie. Żeś wymyślił. A już myślałam, że będę miała jakieś szanse w konkursie, jednak wymiękam przy tobie. 
- Jesteś najstraszniejszo piękną Alicją jaką kiedykolwiek widziałem. 
- Hahaha dziękuję, kochanie. Pocałowałabym Cię, ale nie chcę rozmazać tego pracowicie nałożonego makijażu.
Naszą rozmowę przerwał dzwonek do drzwi. 
- Chłopaki już są. Czas na nas. - zeszłam na dół, otworzyć drzwi, zostawiając swojego Tytana z tyłu. Wymieniliśmy uściski i zaczęliśmy rozmowę. Mimo że nie mieszkaliśmy daleko to dawno się z nimi nie widziałam. Każde z nas wiodło swoje życie i w ciągłym tym zabieganiu nie zawsze znalazł się czas by spotkać się na spokojnie. 
- A gdzie Jonghyun? Wymiękł? 
Dokładnie w tym czasie pojawił się nie kto inny jak Jjong. Idealne wyczucie czasu. Nie zdziwiła mnie reakcja chłopaków, ale podeszli do sprawy bardziej entuzjastycznie niż ja i teraz prawie, że turlali się po podłodze ze śmiechu.
- No wiecie co. Nawet na was nie można liczyć. - żąchnął się. - Naprawdę jest tak źle?
- Jak się tak przyjrzeć po kilku głębszych to nawet ujdzie.. 
- Przynajmniej jestem oryginalny. Ty, Taemin znowu jesteś jakąś zjawą. - wbił szpilę najmłodszemu, który faktycznie ze swoją białą twarzą i pomalowanymi na krwisty czerwony kolor przypominał ową istotę. 
- Chciałeś powiedzieć zjawiskowo przystojny.
- Dobra, dobra, kłócić się możecie w aucie. Jak tak dalej pójdzie nie zdążymy na żadną imprezę. - zdusiłam w zarodku spór, który lada chwila by się rozpętał i pokierowałam wszystkich ku wyjściu.
Podróż upłynęła nam szybko i pod znakiem drobnych złośliwości, na które pojedynkowali się Jonghyun z Taeminem. Między innymi do nich należała ta, że z takim wzrostem to Jjong może być co najwyżej Tytanikiem, co wywołało kolejną salwę śmiechu. Ledwo wysiedliśmy a już rozbłysł blask fleszy skierowanych w stronę kolejnych przyjeżdzających gości. Powinnam być przyzwyczajona do tego, że względu na to, że poślubiłam sławną osobę uwaga paparazzi również się mną zainteresowali. Pomimo tego i tak mnie to trochę wystraszyło i mimowolnie schowałam się za Jonghyuna. Na szczęście do siedziby SM Ent, gdzie całe przedsięwzięcie miało  się odbywać, nie było daleko i już po chwili znajdowaliśmy się w środku. Z wielkiej sali dobiegały dźwięki puszczanych piosenek. Tam też skierowaliśmy swoje kroki i już po chwili wtopiliśmy się w otoczenie podobnie przebranych ludzi. Jokery, wampiry i wampirzyce, piraci, więźniowe, klauni, policjantki, ekipa z ,,Death Note'' na czele z L, wymieniać można by bez końca. Bawiłam się naprawdę świetnie, aż do tego stopnia, że później nie mogłam iść bo tak  mnie stopy bolały od nieustannego tańczenia w dodatku w butach na wysokim obcasie. Na szczęście miałam obok siebie chłopaków, którzy służyli pomocą. Żadne z nas nie było na tyle trzeźwe by prowadzić samochód, a nie chcieliśmy ryzykować, dlatego wybraliśmy się na piechotę do najbliższego postoju taksówek.
- Noona dzisiaj tak pięknie wyglądała. - powiedział Tae idący po mojej prawej stronie i pocałował mnie w policzek, zostawiając na nim czerwony ślad po szmince. - Jak nigdy! Wszyscy byli straszni a noona taaaka piękna.
- Yah! Co ty sobie wyobrażasz?! Podrywać tak czyjąś żonę! - oburzył się Jjong i odsunął maknae ode mnie, przekazując go w opiekę Key. Zaczął ścierać szminkę, ale tylko ją rozmazał.
- Chyba za dużo dzisiaj wypiłeś.- odezwał się Key aka Edward Nożycoręki.
- Ja? Wcale, że nieeee. Mogę dla was zatańczyć i zobaszycie.
Niestety a może i stety nie zdążył nam pokazać swoich umiejętności tanecznych bo Kibum złapał go na chwilę przed bliskim spotkanie z ziemią.
- Yaaah! Kim Kibum, przestań mi wbijać te szpony w żebra. To boli!
- Ups, przepraszam. Ale to nie zmienia faktu, że przesadziłeś i teraz w twoich żyłach płynie nie krew, a alkohol.
 Tae jeszcze uczynił ostatni zarzut pod jego adresem, że za bardzo mu matkuje, a później dziwnie zamilkł i tylko powłóczał nogami. Na szczęście postój był już nie daleko i wkrótce siedzieliśmy w ciepłym i wygodnym środku samochodu, jadąc prosto do domu. Pożegnaliśmy się z Key, bo Taemina zmożył sen i ruszyliśmy do domu. Musiałam gdzieś usiąść i zdjąć buty, nawet nie zadałam sobie trudu zapalić światła.
- O Boże, nigdy więcej nie założę obcasów na taką imprezę. Chodzić nie mogę. - jęknęłam, poruszając stopami.
- Pozwól, że Cię zaniosę. Nie mogę pozwolić, żeby moja księżniczka się męczyła. - nic więcej nie mówiąc wziął mnie w ramiona i zaniósł prosto do łóżka, w którym wkrótce zasnęłam wtulona w mojego księcia.

***

Nasze wspólne życie płynęło dobrym spokojnym rytmem. Zawsze staraliśmy się jak najwięcej czasu spędzać ze sobą, rozmawiać, jeść wspólne posiłki. Nie było to zadanie łatwe ze względu na różne typy naszych prac, moją siedzącą i nieraz wymagającą nadgodzin oraz napięty i nieprzewidywalny grafik Jonghyuna. Dzisiaj oboje mieliśmy wolne ze względu na święto jakim były Walentynki. Nie trzeba było zrywać się z łóżek o szóstej rano, jeść w pośpiechu śniadania i wybiegać z domu, życząc sobie nawzajem miłego dnia. Leniwy poranek to typ dnia, który lubiłam najbardziej. Przyzwalał on bowiem na rzeczy, na które normalnie nie ma się czasu. Wylegiwanie się w ciepłym i przytulnym łóżku, wspólne późne śniadanie, które pod względem pory można było nazwać obiadem, oglądanie filmów lub wspólne czytanie a na koniec wieczorny spacer nad rzekę Han i oglądanie gwiazd. Idealny dzień. Jednak ten piękny obrazek psuło moje nienajlepsze samopoczucie, które towarzyszyło mi od dobrych paru dni. Nieustanne zmęczenie, brak apetytu a chwilę później głód tak potężny, że mogłabym zjeść konia z kopytami, huśtawki nastroju, potrafiłam się obrazić lub popłakać o jakąś głupotę. Nie poznawałam siebie i zaczęło mnie to lekko przerażać. Na dodatek te dni mi się spóźniały, co tylko dolewało oliwy do ognia i sprawiało, że panikowałam. 
 - Hej skarbie uśmiechnij się. Stało się coś? - w takie chwile obecność Jonghyuna była błogosławieństwem. Mogłam się do niego przytulić i schować przed wszystkim. Milczeć albo się wygadać. Nie wiem jakim cudem, ale zawsze umiał odczytać moje nastroje i wiedział jak mnie pocieszyć. - Wiesz, że możesz mi wszystko powiedzieć.
- Sama nie wiem. Po prostu dziwnie się czuję.
- Chodź, zrobię Ci kakao z twoimi ulubionymi piankami. 
Podążyłam za nim do kuchni. Usiadłam na krześle i patrzyłam na niego. Tak po prostu. Jak nastawia wodę w czajniku, wsypuje kakao do wielkiego kubka, dodaje dwie łyżeczki cukru, tak jak lubię, zalewa to wszystko wrzątkiem, dosypuje cynamonu a na koniec dodaje garść pianek, podjadając po drodze kilka. Daje mi swój najcieplejszy sweter, wprawdzie za duży na mnie i zabiera na sofę. Przynosi wcześniej przygotowane kakao i kładzie się obok mnie. Ja popijam sobie gorący napój, od którego faktycznie poprawia mi się humor, a on szepcze mi urocze i równie słodkie co kakao słowa.  I tak siedzimy kwadrans, godzinę, dwie. Nie liczę upływającego czasu, bo według przysłowia tak zachowują się ludzie szczęśliwi, a ja teraz właśnie tak się czuję. Wszystkie smutki odleciały i jest mi naprawdę dobrze. 
- Już lepiej?
- O wiele, dziękuję. Zawsze wiesz jak poprawić mi nastrój.
- Staram się. Muszę teraz wyjść, ale wrócę wieczorem i zabiorę Cię na uroczystą kolację w specjalne miejsce. Dobrze?
Niechętnie pokiwałam głową, słysząc, że musi iść ale myśl o wspólnej kolacji była pocieszająca. 
- Odprowadzę Cię. - powiedziałam, wstając i idąc za nim do sieni. 
- Postaram się jak najszybciej to załatwić. 
- Uważaj na siebie. - poprawiłam mu kurtkę i przeczesałam włosy. Pocałował mnie jeszcze na do widzenia, szepcząc bym ubrała coś wyjątkowego i zgarniając kluczyki z szafki wyszedł. Zaczęłam ogarniać mieszkanie, chcąc jakoś zapełnić pustkę, która teraz się pojawiła. Wpadam w jakieś dziwne nastroje,mruknęłam do siebie. Po skończonych porządkach usiadłam i zaczęłam czytać najnowszy kryminał od mojego ulubionego norweskiego autora. Jednak długo nie nacieszyłam się lekturą, bo po głowie kołatała mi się uporczywie głupia myśl. Chcąc się jej jak najszybciej pozbyć ubrałam się i ruszyłam do oddalonej o kilka budynków drogerii. Pół godziny później byłam z powrotem. 
- Nie wierzę, że to robię. - wyciągnęłam z kartonowego pudełeczka test ciążowy i załączoną do niego instrukcję. - No to do dzieła. - dodałam sobie otuchy i ruszyłam do łazienki. 
Po wykonaniu wszystkich czynności i odczekaniu kwadransu wzięłam test do ręki. Otworzyłam powoli oczy i zobaczyłam, że w okienku znajduje się wielki czerwony plus, znak, że wynik testu jest pozytywny. Nogi się pode mną ugięły i musiałam wziąć kilka głębokich oddechów. W moim umyśle rozpętała się burza. Z jednej strony ulżyło mi bo znałam przyczynę mojego dziwnego samopoczucia i ogarnęła kształt mnie radość i szczęście, ale pojawiło się coś a la strach, co na to wszystko powie Jonghyun. Mimo że wiele razy rozmawialiśmy o dzieciach i wspólnie planowaliśmy przyszłość to jednak gdzieś we mnie tkwiła ta niepewność. To nie tak, że nie miałam do niego zaufania, ufałam mu bezgranicznie ale czasami ludzkie słowa a czyny to dwie różne sprawy. Jednak byłam dobrej myśli. Tyle chwil razem przeżyliśmy, podczas których udowodnił mi, że z nim mogę się czuć biezpieczna i kochana. Postanowiłam, że powiem mu o tym podczas naszej kolacji. Korzystając z chwilowej nieobecności przyszłego ojca postanowiłam zadzwonić do przyjaciółek by podzielić się z nimi tą radosną wiadomością i poznać ich zdanie. Tak jak myślałam, ucieszyły się bardzo i pogratulowały. Nie obyło się bez pokazania tzw. materiału dowodowego czyli testu. Poleciało trochę łez i odczułam przemożną chęć przytulenia nich. Mimo że starałyśmy się odwiedzać co pół roku to i tęsknota dała o sobie znać. Nawet nie wiem kiedy zaczęło się ściemniać. Pożegnałam się z przyjaciółkami i zaczęłam szykować do dzisiejszego wyjścia. Po długim namyśle zdecydowałam się na biała obcisłą ze złotymi aplikacjami i dekoltem w serek sukienkę sięgającą połowy ud oraz czarne szpilki. Nad makijażem spędziłam dłuższą chwilę, chcąc by był lepszy niż ten na codzień. Punkt dwudziesta byłam gotowa i czekałam na taksówkę, która miała mnie zawieść w umówione miejsce, bo niestety sprawy się trochę przesunęły i Jjong nie zdążył by przyjechać po mnie na czas. Od razu uspokoił i zapewnił, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i żebym się nie martwiła bo on przyjedzie. Do restauracji pomimo niewielkich korków dotarłam niespełna pół godziny później i po podaniu nazwiska, na które była rezerwacja zajęłam stolik przeznaczony dla nas dwojga. Podczas oczekiwania dyskretnie rozglądałam się po restauracji. Była pięknie urządzona. Ściany koloru białego ze złotymi wstawkami zdobiły piękne obrazy. Nie daleko mnie znajdowało się wielkie akwarium, w którym roiło się od kolorów i rodzaji rybek, nie zabrakło tutaj także roślinności. Wszystko to tworzyło niesamowity klimat i zapowiadało równie niesamowity wieczór. Niestety w tej idealnej scenerii pojawił się pewien zgrzyt, a mianowicie nieobecność Jonghyuna. Od godziny siedziałam sama i wypatrywałam jego postaci wśród przychodzących co i rusz gości, jednak bez skutku. Nie odbierał telefonów, nie odpisywał na smsy, zaczynałam się coraz bardziej martwić. Kelnerzy i niektórzy ludzie rzucali mi dziwne spojrzenia być może rozpoznali mnie albo żal im było wystrojonej dziewczyny samotnie siedzącej i czekającej. Pewnie wyglądałam jakby ktoś mnie wystawił. Dlatego dla świętego spokoju zamówiłam pierwszy lepszy napój, który na szczęście okazał się dobry i to na nim skupiłam swoje zainteresowanie. Dzwonek mojego telefonu zabrzmiał jak wystrzał armatni. Trzęsącymi się rękoma odebrałam telefon, mając nadzieję, że to Jonghyun. 
- Weronika? Gdzie jesteś? - niestety po drugiej usłyszałam głos Kibuma. 
- W restauracji. Czekam na Jonghyuna. Wiesz gdzie on jest? Nie mogę się do niego dzwonić. Denerwuję się bo powinien być tu już dawno. - cisza jaką usłyszałam w słuchawce zaniepokoiła mnie. - Halo? Key, jesteś tam? 
- Ne, ne... Nie wiem jak Ci to powiedzieć... ale Jjong nie przyjedzie. 
- Co? Ale jak to? 
- Miał wypadek. Jedziemy właśnie do szpitala... 
Dalszej części już nie usłyszałam ponieważ komórka wypadła mi z ręki. Cały świat się zatrzymał po dwóch pierwszych słowach. Nie, to niemożliwe, nie teraz, nie dzisiaj, nie on. Łzy zaczęły mi spływać po twarzy. Chciałam je zetrzeć, ale nie mogłam poruszyć ręką. To samo stało się gdy chciałam wstać i wyjść, zamówić taksówkę i jak najszybciej dostać się do szpitala. Moje ciało odmówiło jakiejkolwiek współpracy. Nagle zakręciło mi się w głowie a przed oczami pojawiły się czarne plamy, zamieniające się w wielką ziejącą pustkę, która mnie wciągnęła. Znów zemdlałam. 

***

Tak, tak znowu jestem a ze mną kolejny rozdział. Proszę, nie bijcie mnie za to zakończenie xD Stwierdziłam, że za dużo tu słodkości i czas na coś zupełnie innego. Pomysł na zakończenie łaził za mną od dłuższego czasu, tak od połowy tego opowiadania i w końcu go spełniłam. Co za ulga xD Można powiedzieć, że to cisza przed burzą. Możecie zgadywać w komentarzach co konkretnie przydarzyło się biednemu Jonghyunowi (oppa, mianhae, wena nie sługa ;;) i co będzie dalej. Mam nadzieję, że nie odkryjecie moich zamiarów w sekund pięć xD Nie przedłużając, życzę miłej lektury. Mam nadzieję, że jednak rozdział Wam się spodoba(ł) i zostawicie po sobie ślad tam na dole w komentarzach.
Do następnego i Happy Peppero Day ❤ :***


4 komentarze

  1. Dobre opowiadanie, ale sądzę, że przydałaby Ci się beta. :3

    OdpowiedzUsuń
  2. Ach, jaki cudowny !!! ♥ Jakoś już na samym początku, jak zaczęłam czytać coś tak przeczuwałam, że będzie ciąża xd O Boziu co z Jonghyunem??? :( Czekam z niecierpliwością na następny rozdział ☺

    P.S. Zapraszam :
    http://mylittledreamsmylittleworld.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Oo ja chcę więcej! Uwielbiam Twoje opowiadania, naprawdę bardzo dobry poziom. Pozdrawiam cieplutko! :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Czasami czytając twoje opowiadanie, mam wrażenie, ze mamy jeden mózg, bo nieco podobne plany mam do swojego opka. xD Ogólnie rozdział spoko i ciekawa jestem co tam sie wydarzyło. :O A może Keu blefował i Jong zrobił jej niespodziankę, gdzieś przed szpitalem, czy coś? Taak, chyba za bardzo odbiegłam z wyobraźnią XD

    OdpowiedzUsuń

Witaj nieznajoma/y. Cieszę się, że Cię tu u mnie widzę. Mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej. Będę wdzięczna za każdą pozostawioną opinie, zarówno tą pozytywną jak i negatywną. Nie mam nic przeciwko krytyce byleby była ona konstruktywna. Tyle z mojego gadania. Dziękuję za uwagę i życzę miłego dnia :)

Szablon
synestezja
panda graphics